Strony

czwartek, 30 grudnia 2010

Brązowa seria


Kryzys materiałowy minął wraz z nadejściem paczki pełnej włoczki. Kolory będą teraz dość naturalne, a krajki trudne, bo wełna jest twarda i szorstka. Skoro tak, to utrudnię sobie bardziej i porobię krajki bardzo wzorzyste. Ciekawe tylko jak będą wyglądać moje dłonie po przerobieniu całego tobołu - możliwe, że znajdę sposób na najefektywniejszy peeling świata.


Każda z krajek ma ok. 4,5 cm szerokości.
Pierwsza ma 1,8 m długości i ma wzorek mojego pomysłu.
Druga ma 1,9 m długości a wzór jak najbardziej historyczny - ale niestety nie podam źródła, bo postawiłam niedawno system i nie wiem, z którego kodeksu odgapiłam...
Ostatnia krajka jest krótsza, bo ma tylko 1,1 m i występuje na niej motyw starszy chyba niż nasza cywilizacja :)

A tutaj widok lewej strony:

niedziela, 26 grudnia 2010

Drożdżowe z kombiwaru


Powoli przełamuję moje anty-umiejętności pieczenia ciast. Do drożdżowego zabrałam się metodycznie. Zaczęłam od zebrania informacji. Okazuje się, że sposobów pieczenia ciasta drożdżowego jest bardzo wiele. Wywnioskowałam, że mogę sobie pozwolić na nonszalancję. Wyciągnęłam więc te rady, których nie znałam, uśredniłam proporcje składników i skalibrowałam ilości, żeby mi się placek do kombiwara zmieścił.

Pół szklanki mleka podgrzałam i dodałam ok. 40 g drożdży oraz trochę glukozy.
Ćwiartkę masła rozpuściłam, dodałam pół szklanki cukru i łyżeczkę cukru waniliowego. Po ostygnięciu dodałam żółtko i ucierałam. Po chwili dodałam całe jajko i ucierałam jeszcze trochę. Wlałam zaczyn i szczyptę soli. Zabuzowało. Dodałam ok. 3 szklanki mąki i wyrobiłam ręką. Trochę to dużo mąki, ale bez niej ciasto było zbyt luźne. Wyrabiałam prawie godzinę, ale święte słowa znajomej, która powiedziała, że każde ciasto prędzej czy później zacznie odchodzić od ręki, dodały mi otuchy.
Odstawiłam ciasto do wyrośnięcia i poszłam sobie gotować obiad.
Po obiedzie (czyli długo) przeformowałam ciasto i stwierdziłam, ze jest go i tak za dużo. Z 1/3 zrobiłam prowizoryczne rogaliki i wrzuciłam je jako kamikaze na pierwszą turę pieczenia. Z okrzykiem "tora tora tora" eksplodowały dżemem z wiśni i powidłami z aronii. Popękały i miały kolor głębokozłoty, ale wyszły dobrze.

Z reszty ciasta uformowałam placek i posmarowałam białkiem.
Zrobiłam kruszonkę "na oko", czyli za dużo, więc wyszła mi cudowna słodka skorupa.

Drożdżowe piekłam 20 minut w kombiwarze na górnym ruszcie, z wodą w misie, w temperaturze 225°C. Ale to za dużo, więc po kilku minutach zmiejszyłam temperaturę do 200°C, a pod koniec do 175°C. Możliwe, że najlepiej byłoby piec w 200°C.

środa, 22 grudnia 2010

Kolor morski... znaczy się łososiowy

Jak się ma do dyspozycji resztki materiałów, to się tworzy takie "cuda":


Krajka jest zrobiona z bawełnianego kordonka. Ma 3 cm szerokości i 2,3 m długości. Z obu stron zakończyłam ją frędzlami. Jest przyjemna w dotyku i dosyć sztywna. Śmiało ujmę to tak: jest efekciarska ;)

środa, 15 grudnia 2010

Krosna pionowe ciężarkowe

Planowałam zamieścić kilka zdjęć moich krosien dla zilustrowania historii ich powstania, ale wujek google robi takie cuda z wyszukiwaniem, że wolałam nie dawać mu dodatkowych powodów do mieszania i przeinaczania. Osoby szukające informacji o krosnach i tkactwie mogłyby się przerazić...
Opowiem tylko, że początkowo krosna składały się kilku z legarów, które były obiektem drwin pewnego Lorda Sanepida ;) Zanim założyłam osnowę, konstrukcja stojąca w pokoju rozbawiła też dwójkę znajomych o błądzących skojarzeniach i absurdalnym poczuciu humoru. Ponieważ nie miałam glinianych ciężarków, do naprężenia osnowy użyłam stada kilkucalowych gwoździ, paru co większych śrub i podobnego złomu. Wtedy musiałam bronić krosien przed majsterkowiczami...

Na szczęście cała ewolucja odbyła się w domowym zaciszu - publiczna premiera krosien nastąpiła dopiero, gdy stały się względnie "historyczne".

Rys. 1. Krosna ciężarkowe wg rekonstrukcji Hoffmanna - Festiwal w Wolinie, 2010.

(Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.wikingowie.ether.pl)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wciąż się uczę

Właśnie sobie skaczę od filmu do filmu na youtube i znajduję masę ciekawych rzeczy. Jakaś fenomenalnie sprytna babeczka pokazuje zasady tkania na krośnie poziomym. Że też nie wpadłam na te oczywiste rozwiązania. Jej metoda zakładania półnicielnicy jest dużo prostsza niż ta, którą widziałam w książce prof. Turnau.



Poziomy warsztat tkacki to dla mnie odległe marzenie, ale krosno poziome chyba mi się tutaj zmieści i łatwo je wykonać - w końcu jeden z pierwszych wynalazków włókienniczych :D
Tylko jak ja teraz upoluję patyki? ;P

Chciałam jeszcze dodać zdjęcie dla zilustrowania mojego nowiutkiego szaleństwa, ale jest ich w Internecie zbyt wiele. Warto wpisać sobie w wyszukiwarkę obrazów "backstrap loom". A po wpisaniu "inkle loom" też można znaleźć wiele inspirujących obrazów :)

środa, 1 grudnia 2010

Seria krajek w barwach narodowych

Wśród kończących się zapasów włóczki miałam 2 motki czystej grubej wełny. Pięknie wygląda czerwień z bielą. Tylko mi trochę przykro, że skojarzenie z flagą narodową przychodzi niektórym jakby z jednoczesnym obrzydzeniem lub rodzajem wstydu. U mnie obrzydzenie się pojawi, jeśli ktoś skojarzy moje krajki z popkulturowym przerośniętym krasnalem, który lata nam przed oczami już od początku listopada.... ;)


Seria powstała z jednej osnowy. Utkałam trzy pasy różnej długości - każdy ma inny wzór, ale szerokość jest jednakowa ok. 2,8 cm.
Pierwszy pas od lewej jest najkrótszy - ma 70 cm. Zakończony jest frędzlami. Możliwe, że przyda się kiedyś do przepasania jakiegoś rekonstruującego malucha :)
Środkowa krajka z symetrycznym, klasycznym wzorem rombów ma 1,8 m długości. Oczywiście w długość nie wliczam frędzli - wtedy wyszłoby prawie 2,3 m.
Ostatnia krajka z prawej strony jest najdłuższa z serii - ma 2,1 m. Na końcówkach zostawiłam luźne nici wełniane, które wyglądają efektownie.

Uwaga, na tym zdjęciu krajki ułożone są w innej kolejności. Wrzucam, żeby pokazać fragment zakończenia :)

poniedziałek, 29 listopada 2010

Krajka śliwkowa z zielonym czymś

Kolejna krajka doczekała się zdjęcia :)


To chyba najdłuższa z moich krajek - ma 10,65 m. Szerokość wynosi 2,7 cm. Wzorek jest połączeniem zygzaka z jodełką. W tle i na brzegach widać kropki, które wyszły przez użycie jaśniejszego wątku.

sobota, 13 listopada 2010

Prosty przepis na bułki z kombiwaru


Składniki mniej-więcej:


1,5 szklanki mąki pszennej 450
pół szklanki wody
15 g drożdży
2 g soli (taka szczypta)

Wykonanie:

Wyrobić ciasto i uformować 7 kulek - sprytnie się ułożą w kombiwarze.
Dobrze jest spryskać bułki wodą.
Odstawić do wyrośnięcia na min. 30 minut.
Wlać kilka łyżek wody do misy kombiwaru i piec przez 30 minut w 180°C na górnym ruszcie.

piątek, 5 listopada 2010

Organiczne, czyli naturalne?

W sklepie:
- Czy są bawełniane rajstopy... albo wełniane? Byle bez "plastiku".
- Są.
Pani pokazuje. Ja macam.
- Z czego one są?
- Z akrylu.
- Ale ja nie chciałam "plastiku".
- Przecież akryl to nie plastik.
- O_O
- Akryl to wełna.
- Aha... a z jakiej owcy?
...

czwartek, 4 listopada 2010

Bułki sierakowskie

Czy da się piec w kombiwarze? TAK
Oto pierwsze bułki upieczone w nowym miejscu i nowym urządzeniu.

środa, 3 listopada 2010

Krajka śliwkowa z zielonym wężykiem

W tytule bloga są krajki, a w treści postów jakby o nich ich mało. Postanowiłam to naprawić. Chciałabym pokazywać każdą nową krajkę.


Oto krajka o standardowej długości ... jak na mnie, czyli 10 metrów. Ma 1,8 cm szerokości. Nadawałaby się najlepiej na obszycie ubioru.
Wzór na niej jest dość prosty, ale jeśli wziąć pod uwagę narzędzie tkackie - bardko, to wężyk awansuje do średnio skomplikowanego.
Aha, użyłam wątku o innym odcieniu, więc wyszły "kropeczki" na krawędziach i w tle.

niedziela, 24 października 2010

Pierwsza pizza sierakowska

Wczoraj zrobiliśmy sobie pizze... w kombiwarze. Owszem, wyszła gorzej niż w piekarniku, ale i tak była lepsza niż z pizzerii :) Jeszcze ją dopracujemy - na razie uczymy się obsługi nowego urządzenia. Kilka prostych potraw wyszło nieźle: parówki zapiekane z serem, grzanki... a dzisiaj wspaniale wyszły pieczone ziemniaki. Dowodem na to, że były pyszne może być brak zdjęcia - nie zdążyłam zrobić ;)


Uzupełnienie:

Niestety kombiwar piecze pizzę w inny sposób niż piekarnik, bo podgrzewa ją bardziej od góry. Aby wyrównać szanse ciasta i składników podjęliśmy kilka prób pieczenia. Okazuje się, że najlepiej piecze się w foremce do frytek (z dziurkami), na wysokim ruszcie przez 30 minut w temperaturze 190°C.

piątek, 22 października 2010

Rewolucja techniczna

Trochę się zastanawiałam co napisać w pierwszym poście "sierakowskim". Wrażenia po przyjeździe minęły, więc ich opisywanie daruję sobie... i tym, co już słyszeli ;)

Najważniejsze dla mnie jest tkanie, więc pochwalę się nowym urządzeniem.
Nie mogę sobie pozwolić na rozwieszanie osnowy od okna do okna tak, jak to robiłam w Krakowie, więc nawijam ją na przenośny stojak. Pomysł jest mój i nie ma charakteru rekonstrukcji. Wykonaniem zajął się mój tata - dziękuję ponownie :)


Dla mnie ten stojak to rzeczywiście rewolucja techniczna. Uwolniłam się od wiązania do krajki i nie muszę też szukać miejsca do zaczepienia drugiego końca osnowy.

sobota, 21 sierpnia 2010

Moje małe szczęście ;)

Nareszcie mogę ogłosić radosną nowinę. Doczekałam się... kwitnięcia skrzydłokwiatu. Wypatrzyłam mały listek przykwiatowy podczas zwyczajowego zwiedzania pokoju ;)

Skrzydłokwiaty kwitną chętnie i często. Jednak mój egzemplarz długo się opierał przed tą jakże poważną decyzją życiową. Przez ostatni rok aklimatyzował się i pracował na rozwojem swojego wnętrza... znaczy wnętrza bryły korzeniowej.

To zupełnie normalne, że skrzydłokwiaty swoją energię życiową kierują najpierw w rozwój korzeni, a potem kwitnienie. Tak więc jeśli chce się mieć kwitnącą roślinę, trzeba jej zapewnić przyciasną doniczkę :)

Chleb pszennożytni na zakwasie

Odważyłam się wreszcie upiec chleb bez dodatku drożdży piekarnianych. Oczywiście pomijając te, które zrobiły desant z powietrza ;D
Miałam całkiem aktywny zakwas, chociaż nie tak mocny jak przy poprzednim pieczeniu. W ostatnich dniach nie było upałów, więc i zakwas był spokojniejszy.

Wieczorem nastawiłam do wyrastania takie ciasto:

1 szklanka zakwasu razowego
0,5 szklanki wody
3 szklanki mąki żytniej 720

Następnego dnia rano ciasto miało odrobinę większą objętość. Mniejszą niż bym sobie życzyła, ale stwierdziłam, że nie będę się tym przejmować. Dodałam:

6 g soli
1 szklankę mąki pszennej

Zagniotłam ciasto na stolnicy i przełożyłam do posmarowanej masłem keksówki. Wstawiłam do piekarnika, żeby sobie spokojnie rosło w temperaturze pokojowej.

Ciasto ruszyło dopiero po południu. Włączyłam więc piekarnik na 40°C, bo ileż można czekać na wyrośnięcie bochenka...?

Wieczorem upiekłam chleb jak zwykle w termoobiegu, 175°C i w towarzystwie 2 kubków z odrobiną wody. Pieczenie trwało 50 minut od włączenia grzałki.

Mogę śmiało stwierdzić, że wypiek się udał i zdobyłam nową umiejętność. Oczywiście będę udoskonalać moje pieczenie chleba na samym zakwasie.

Dzisiaj Sew kupił wspaniałą kiełbasę wiejską z Liszek, która idealnie pasowała do chleba.


czwartek, 12 sierpnia 2010

Chleb - uproszczony i skomplikowany


Uwaga!

Informacje znajdujące się w poście mogą być nieprawdziwe.
Wykorzystanie zamieszczonych porad może wywołać bóle mięśni, huragan mąki, a w skrajnym przypadku doprowadzić do upieczenia chleba.
Przed zastosowaniem skonsultuj się z piekarzem lub psychoterapeutą.


W skrócie:

Skład:

1 szklanka zakwasu
2,5 szklanki wody
9,5 szklanki mąki albo 9 szklanek mąki i garść resztek chleba
14 g soli
10 g drożdży
łyżeczka glukozy

Kolejność:

zakwas
woda
resztki chleba
trochę mąki

reszta wody
glukoza
drożdże
sól
pozostała mąka

Najważniejsze:

- przygotowanie 2 dniowe od wieczora do wieczora
- 4 etapy dodawania składników
- do mieszania służy garnek i pałka
- po dodaniu porcji składników miksturę odstawia się w spokojne miejsce i przykrywa ścierką (pałka może zostać wewnątrz gara – kto by ją mył tyle razy?)
- porcja na 2 keksówki
- ciepła woda z kranu jest najlepsza do ciasta na chleb
- wyrastanie w temperaturze pokojowej
- ciepło w piekarniku uruchomione na koniec dla osiągnięcia odpowiedniego poziomu wyrośnięcia
- pieczenie max. 50 minut w 175°C i termoobiegu (czas liczony łącznie z nagrzewaniem)
- rola wody – spryskiwanie bochenków, a w piekarniku naczynie z wodą
- zakwas aktywny – często dokarmiany, a przynajmniej dzień wcześniej
- od wyłożenia na stolnicę do upieczenia mijają ok. 3 godziny


Przygotowanie – w szczegółowym skrócie ;)

1. Wieczorem - 22:00:

Szklanka zakwasu
Zmiksowane resztki chleba (lub pół szklanki mąki żytniej)
2 szklanki wody (w 1 zmiksowałam chleb)
3 szklanki mąki żytniej

12 godzin odpoczywamy, a ciasto pracuje

2. Rano - 10:00:

Pół szklanki ciepłej wody (w której rozpuściłam glukozę i drożdże)
Łyżeczka glukozy
10 g drożdży
14 g soli
2 szklanki mąki pszennej

3 godziny

3. Ok. południa – 13:00:

2 szklanki mąki pszennej

3 godziny

4. Po południu - 16:00:

1 szklanka mąki pszennej
Wyłożenie na stolnicę
1 szklanka mąki
Delikatne zagniatanie do momentu aż ze stolnicy zniknie wolna mąka

Formowanie bochenków i wrzucenie do foremek posmarowanych masłem
Spryskanie wodą

Wyrastanie 16:30

Wyrastanie w temperaturze pokojowej przez 60 minut
Spryskanie wodą i wstawienie 2 metalowych kubków z niewielką ilością wody
Wyrastanie w ciepłym piekarniku do wyrośnięcia (10-30 minut)

Pieczenie ok. 18:00

Nastawienie piekarnika na 175°C i termoobieg. Od tego momentu liczy się czas pieczenia.
Pieczenie 45 minut.
Chleb może jeszcze postać 5 minut w wyłączonym gorącym piekarniku.

Spryskać wodą po wyjęciu


Aha, Zakwas

Rekwizyty:
wyparzony słoik i nakrętka
mąka żytnia (najlepiej razowa)
czysta świeża woda
mątewka lub coś innego z drewna

Czarowanie:
Mąkę i wodę dodaje się do słoika po trochu, najlepiej codziennie.
Proporcje muszą być mniej więcej i nie inaczej.
Można mieszać kręcąc słoikiem lub drewnianą mątewką.
Ważne jest wąchanie i zdziwienie.
Jak zapleśnieje wyrzucić i tylko wtedy.

niedziela, 1 sierpnia 2010

Ale frajda - mufinki

Szczerze mówiąc bardzo mnie dziwił spazmatyczny zachwyt mufinką. Im więcej słyszałam i czytałam o mufince, tym bardziej się zrażałam. Nazwa głupawa, pochodzenie nieciekawe... ;) Jednak nie da się mufinki ominąć - dorwie każdego.
I dobrze. Zabawa fantastyczna.

spontaniczna zachcianka + borówka amerykańska =

moje skromne stadko mufinek (było 10, ale nie zdążyłam wyjąć aparatu)

szybko znikają
a właśnie - miałam dodać bitej śmietany... nie zdążyłam :D
Na szczęście mam jeszcze placek mufinkowy w foremce do tarty... :)

wtorek, 13 lipca 2010

Guziki - pasmanteria dla rekonstruktorów

Moje ostatnie wyczyny krawieckie to męskie ubiory późnośredniowieczne - doublet, cothehardie, robe... Z tej okazji wykonałam kilka garści typowych dodatków pasmanteryjnych :)

W średniowieczu - obok guzików odlewanych z metalu - używano tekstylnych, czyli zrobionych z kawałka tkaniny. Zresztą nic dziwnego - współcześnie też się takie guziki stosuje, choć niezbyt często.

Guziczki zbudowane są z: krążka cienkiej tkaniny płóciennej, małego krążka z mosiądzu, kulki z waty bawełnianej (całe szczęście do kupienia) oraz kawałka nici.



Pizza - sesja zdjęciowa

Zdążyliśmy przed zjedzeniem... choć trudno było ;)
Zdjęcia robione skromnym aparatem, ale niech ślad pozostanie dla głodnych potomnych... :D

Faza blachy:


Tuż po upieczeniu:


Na talerzu:


Z sosem czosnkowym:


To co, pizza?

czwartek, 1 lipca 2010

Pizza heretyków, ale nie tylko...


Składniki w kolejności dodawania:


szklanka ciepłej wody
25 g drożdży (tych takich prawdziwych, nie suchych)
3 g soli - płaska łyżeczka od herbaty
3 szklanki mąki (jak wyjdzie zbyt luźne ciasto, to jeszcze pół szklanki można dodać)

masło - do posmarowania foremki
oliwa z oliwek - chluśnięcie z butelki
przecier pomidorowy - kilka ciapnięć łyżką

dodatki opcjonalne, ale bardzo ważne, np. salami, cebula, papryka, ananas, kukurydza, boczek, oliwki, pieczarki... oczywiście nie wszystko na raz

przyprawy: gotowa mieszanka, oregano, słodka papryka

30 g żółtego sera

100 ml kwaśnej śmietany 18% o nazwie pewnej miejscowości - moja ulubiona
ząbek czosnku
1g soli


Moje przygotowanie krok po kroku:

Faza ciasta.
Wlewam do garnka ciepłą wodę z kranu, dodaję i rozpuszczam drożdże. Teraz jest dobry moment na dodanie soli. Następnie odmierzam sobie szklanką mąkę - dodaję stopniowo i mieszam dużą łyżką. Przy trzeciej szklance całkiem ciężko się miesza, więc poddaję się i przekładam ciasto na stolnicę podsypując resztą mąki. Wyrabiam ciasto rekami, aż wchłonie mąkę. Ciasta nie zostawiam do wyrośnięcia.

Faza blachy.
Na posmarowaną masłem blachę przekładam rozwałkowane ciasto. Można jeszcze przewałkować na blasze. Potem skrapiam ciasto oliwą i rozsmarowuję równomiernie. Następnie smaruję przecierem pomidorowym. W tym momencie pizza wygląda tak:



Ale nie zawsze - tak było tylko raz, gdy dorwało nas natchnienie... Razem ze znajomymi postanowiliśmy użyć różnych symboli okultystycznych i religijnych. Był nawet kot ;) (w lewym górnym rogu) W efekcie mieliśmy niezłe tornado energii pranicznej :D

Faza dodatków:
Na pizzy układam składniki przygotowane przez Sewa stosując 1 zasadę: mokre składniki układamy na serze. Wybieramy je sugerując się wyobraźnią, głodem, zawartością lodówki i zasobnością portfela.
Przyprawy ziołowe dodaję pod ser, a słodką paprykę na wierzch.

Faza pieczenia:
Pizzę wkładam do nagrzanego do 180 C piekarnika z termoobiegiem. Po 12 minutach jest gotowa.

Sos:
Wystarczy rozdrobnić czosnek - np. na małych dziurkach tarki, bo wyciskarki szkoda wyciągać dla 1 ząbka - dodać sól i śmietanę.
Ale sos zazwyczaj robię w małym blenderze - tylko nie dodaję od razu całej śmietany, bo od blenderowego mieszania robi się rzadka.


Uwagi:

Taka pizza wystarczy dla 4 osób. Prawie szklanka mąki na osobę :)
Przygotowanie trwa zwykle 1 godzinę.
Wesołe towarzystwo naszych znajomych powoduje, że drożdże chętniej rosną i ciasto wychodzi wyższe.
Aha, oliwki muszą być w całości - nie wolno ich kroić, bo to wbrew naturze!
Nie wolno też wylewać syropu z ananasa!

PS. Ojoj, chciałabym dodać zdjęcie gotowej pizzy, ale niestety mam tylko zdjęcia pierwszych mało ładnych. Nasze ostatnie pizze nie miały szans na zdjęcie, bo zostały zbyt szybko zjedzone...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Krótka historia bułki

Już prawie rok mija od moich pierwszych bułek :)
Upiekłam je w wyniku nagłej potrzeby - wieczorem przed majówka nie dało się kupić chleba (ciekawe dlaczego? ;)) Kilka dni wcześniej piekłam pizze z małą zmianą - bez jajka i z wodą zamiast mleka. Ten udany pizzowy eksperyment skłonił mnie by zrobić z takiego samego ciasta bułki.

Oto one w trakcie pieczenia:


A tutaj w trakcie jedzenia :) (na łące w Krzywaczce)


Oczywiście nad kształtem i jakością bułek pracuję. Powinny być bardziej okrągłe, co udało się tutaj:


Jeszcze tylko powinny mieć gładszą powierzchnię i być nieco lżejsze.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Dzisiejsze zdjęcie wczorajszych ciasteczek

...chociaż tak właściwie jest już pojutrze...

środa, 21 kwietnia 2010

Pierwsze chleby

Szukam zdjęć pierwszych wypieków, ale nie jestem pewna czy zdjęcia robiłam od początku. Zdaje się, że mój pierwszy chleb, to ten (22.10.2008 r.):


Kategoria wypieku: pumeks. Dlaczego pumeks? Bo ma wielkie otwory, a to co w nim nie jest otworem, jest mocno spieczone...

Z masłem smakował nieźle.... w pewnym sensie wbijając się do kategorii: może ma pewne wady, ale przynajmniej własny.

Kilka dni później upiekłam chleb z kategorii: niedopieczona breja.


Ładny ma kolor... to tyle ;)

Następnie kupiłam foremkę - keksówkę.


Lubię ten marsjański krajobraz.

Oto swojskie śniadanie nazajutrz po upieczeniu (po lewej ten, co się najwięcej napracował, czyli robot kuchenny):


Chleb z kategorii: najlepszy jak do tej pory ;) (upieczony 29.11.2008 r.)

wtorek, 20 kwietnia 2010

Chleb - początki

Czemu ja zaczęłam piec chleb? Nie pamiętam, co mnie podkusiło...
Może to, że kiedyś kilka razy tata upiekł chleb w domu. Ale jakoś inaczej mu wychodził. Pamiętam smak - pasował do serka topionego :)
Może to, że chleb z piekarni jest coraz gorszy. A ten lepszy jest coraz droższy...
A może po prostu obudziły się we mnie rodzinne instynkty piekarskie ;)

A właśnie - przypomniałam sobie, że jeszcze jak pracowałam, to kupiłam książkę o pieczywie i pastach. A Sew podpowiada, że o pieczeniu chleba gadałam zanim kupiłam piekarnik.

I jeszcze coś - pojawiła się kiedyś potrzeba upieczenia prawdziwego chleba na zakwasie dla celów rekonstrukcyjnych. W średniowieczu nie znano drożdży, a ja chciałam się dowiedzieć jak sobie radzono bez nich.


Naukę pieczenia zaczęłam od zbierania informacji. I tutaj pomocne okazały się Mirabelka i Liska. A konkretniej ich publikacje w Internecie. Tu i tu.
Niedawno znalazłam jeszcze bardzo wartościowy vortal. W dobie Net 2.0 bardzo trudno coś takiego znaleźć w stosie śmieci ;)

Oczywiście moje pierwsze próby były kamienne :D Teraz też nie jestem mistrzynią, ale mój poziom można określić tak: jak nawet nie wyjdzie, to i tak nie głodujemy.

Może zestawię efekty moich działań piekarniczych:
1. Kamień, a w dodatku mdły.
2. Kwaśny kamień.
3. Pumeks.
4. Niedopieczona breja.
5. Płaski i kwaśny bochenek, ale przynajmniej można wykorzystać na kwas chlebowy.
6. Suchy chleb - można zjeść jedną kromkę, a reszta na obtaczanki.
7. Uciekający chleb - rozbiegł się po piekarniku jeszcze przed pieczeniem.
8. Więzienny chleb - beznadziejny, ale przynajmniej jest czym brzuch napełnić.
9. Wstyd - miał być na święta, ale się nie udał.
10. Ma pewne wady, ale przynajmniej własnej roboty.
11. Zwyczajnie dobry.
12. Najlepszy jak do tej pory - pojawia się co jakiś czas.

No już jest coraz lepiej - od pół roku nie schodzę poniżej 8.

Ciasteczka om nom nom - przepis

Postanowiłam zapisać tutaj moją recepturę na ciasteczka. Oczywiście w oparciu o podstawowy przepis od mamy :)

Takich składników użyłam dzisiaj:

pół kostki masła
pół szklanki cukru
1 jajko
1 żółtko
1 łyżeczka od herbaty proszku do pieczenia
1 łyżeczka i "a jeszcze trochę" cukru waniliowego
1 chluśnięcie aromatu pomarańczowego
5 od serca ciapnięć łyżeczką śmietany kwaśnej 18%
2 szklanki mąki

Według zapisanej kolejności wrzucałam składniki do robota kuchennego. Oczywiście mąkę nie całą i nie od razu, tylko dopiero po włączeniu obrotów i po trochu.
Robot kuchenny uciera ciasto idealnie, ale oczywiście można to zrobić ręcznie.
Żeby nie męczyć silnika za bardzo, zostawiłam sobie ok. pół szklanki mąki do zagniecenia ręcznego.
Potem było tylko wałkowanie, wycinanie literatką kółek, układanie na 2 blachach i pieczenie w temp. 180 (gdzie tu są stopnie?!) C po ok. 7 minut.

Zdjęcie dzisiejszych ciastek będzie jutro ;P

wtorek, 23 marca 2010

Krajka - eksperyment

Roboczo nadałam nazwę eksperymentu archeologicznego. Jednak uczciwie przyznaję, że archeologiem nie jestem. Staram się rzetelnie odtwarzać tkactwo, poszerzać wiedzę, a przede wszystkim rozwijać umiejętności i zręczność.

Kilka razy znalazłam informacje, że krajki były tkane na czymś takim (niestety nie mam lepszego zdjęcia):


Z lewej jest przedstawione bardko ludowe. Podobno w miejscu, gdzie znaleziono krajki w większych ilościach, nie zachowały się bardka. Po odseparowaniu importów, pozostało sporo produktów miejscowych, które na czymś przecież musiały powstać. Wywnioskowano więc, że pasy tkano przy pomocy półnicielnicy i ciężarka, które narysowane są po prawej.

Już od dawna planowałam wypróbowanie w praktyce tego sposobu. Wydaje się być bardzo łatwy, a na pewno nie potrzeba umiejętności stolarskich do wytworzenia narzędzia.

Nici wełniane jak zwykle nawinęłam wykorzystując domowe klamki (pętle od okna do drzwi). Potem zrobiłam półnicielnicę, przywiązując połowę nici do patyczka za pomocą małych pętelek. Te same nici obciążyłam kawałkiem grubego patyka. Pomiędzy nimi umieściłam nici nie przywiązane i nie obciążone.

I tutaj zauważyłam wyższość techniki nad bardkiem: nie trzeba przecinać końcówek nici, żeby nawlec na warsztat. Pętle zostały więc w całości, a na dodatek nie robiłam węzłów na końcach, więc jest też oszczędność włóczki i nici nie zmieniają długości.

Na tym skończyły się plusy tej techniki. Ponieważ krajka jest wąską formą, drewniany obciążnik nie utrzymuje równowagi. Podczas tkania można go jakoś opanować poprzez podtrzymywanie jego końców na kolanach. Brakuje jednak kończyn podczas przekładania wątku, gdy patyczek półnicielnicy spada ciągnąc za sobą nici.

Jest wyraźne przekłamanie na rysunkach metody z półnicielnicą i obciążnikiem. Na wszystkich, które widziałam między nićmi osnowy są spore odległości. W praktyce nie da się ich utrzymać - przy naciągnięciu osnowy, nici przybliżają się do siebie. Stąd właśnie wynikają problemy z równowagą. Zapewne po pewnym czasie tkania, stykające się nici zaczęłyby zahaczać się o siebie i mechacić (zwłaszcza takie przędzone na wrzecionie). Możliwe, że dałoby się w ten sposób tkać szerszą tkaninę, ale wyobrażam to sobie tylko z jakimś grzebieniem.

Eksperyment uznałam za wykonany, udany, ale z wynikiem negatywnym. Za sukces uznaję samo jego wykonanie zgodne z rysunkiem. Możliwe, że autor używał wyobraźni, ale nie próbował tkać w ten sposób.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęć. Ale w sumie nie byłoby co oglądać...

Siedziałam zrezygnowana i wpatrywałam się w utkany kawałek krajki oraz kilkumetrową perspektywę osnowy. Nie widziałam sensu dalszego męczenia się jak przez ostatnie 10 cm, ani też rozplątywania, cofania się i nawlekania na bardko. Wciąż był jakiś niedosyt eksperymentu i pojawił się pomysł zrobienia normalnej nicielnicy. Sew pomógł mi zrobić ramkę (na moje życzenie trochę toporną), usunęłam z robótki niewygodne paści i bez konieczności jakiegokolwiek rozpruwania krajki zamontowałam taką nicielnicę:


W połowie wysokości znajdują się supełki tworzące mały otworek na nitkę osnowy. U góry i na dole nici przytwierdzone są do ramki tak, żeby się nie przesuwały i utrzymywały w miarę równe odległości. Na zdjęciu widać, że nici mają tendencję do przybliżania się do siebie. Na środku osnowa jest bardziej gęsta, ale to też dobrze, bo przy przetykaniu i zaciąganiu wątku brzegi się bardziej ściska - po "zsumowaniu" utkana krajka ma jednorodny splot na całej szerokości.

W bardku jest ograniczona liczba szczebelków, a na nicielnicy można umieścić dowolną liczbę nici osnowy przy małej szerokości - na pewno będzie to korzystne, gdy zechcę zrobić szeroką krajkę.
Tka się na tym bardzo wygodnie i chyba szybciej. Szkoda tylko, że wiązanie nitek na nicielnicy trzeba robić nowe dla każdej krajki i zajmuje to dużo czasu. Ale może to też udoskonalę.
Jeszcze tylko sprawdzę, czy taka nicielnica to wynalazek ściśle związany z późniejszymi krosnami poziomymi. Bo użycie nicielnicy we wczesnym średniowieczu to na razie moja czysto technologiczna zgadywanka.

Tydzień z baraniną

Po pierwsze, pusta lodówka jest smutna.
Po drugie, nadmiar jedzenia w lodówce oznacza, że ktoś właśnie wrócił z domu rodzinnego.
Po trzecie, nie próbować zjadać nadmiaru jedzenia, bo się nudzi. Należy je szybko przetworzyć do lepszego przechowywania (np. pasteryzacja).

Dostaliśmy swego czasu sporo swojskiej baraniny (bardziej jagnięciny). Było tam trochę czegoś podobnego do szynki, kawałek z okolicy grzbietu i jakaś noga :). Początkowo byliśmy pełni entuzjazmu i zjedliśmy sobie szaszłyki:


Druty do robótek nadają się na szpikulce :) W pierwszym dniu mięso nie było marynowane, ale i bez tego było cudowne.

Po objedzie zajęliśmy się dzieleniem mięsa. Część wylądowała w marynacie. Zwykle marynuję mięso tym, co mi wyobraźnia podpowie. Tym razem zaparzyłam zioła (cząber, rozmaryn, majeranek i nie pamiętam co jeszcze), bo podobno tak lepiej wyciąga się z nich aromaty. Do ostygniętego naparu dorzuciłam czosnek (martwe owieczki lubią duużo czosnku), sól i dodałam sporo soku z cytryny.
Pozostałe kawałki zapakowane i odpowiednio zabezpieczone wylądowały za oknem w celu zamrożenia (lodówka w zimie sobie odpoczywa). Pech był taki, że akurat w tym czasie zima postanowiła odpuścić i nie działało zamrażanie parapetowe.

Oczywiście nie wytrzymaliśmy i drugiego dnia zajadaliśmy się znowu szaszłykami.

Potem byliśmy przewidujący i zrobiliśmy dzień przerwy od baranka.

Następnego dnia zrobiliśmy gulasz z curry wg przepisu Maćka Kuronia. Tutaj jest przepis.


Bardzo łatwo i przyjemnie się to przyrządza. Gulasz zjedliśmy z ciemnym ryżem i smakowało nam cudownie.

Potem przyszła kolej na pozostałe mięso.

Na grzbiecie ugotowałam wywar, by zrobić kapuśniak. A właściwie krupniko-kapuśniak. Zapewne zupa się udała, ale nam nie smakowała, a na zapach przygotowywanej potrawy reagowaliśmy alergicznie. Pojawiły się nawet desperackie myśli, by przejść na wegetarianizm, albo zacząć odżywiać się światłem.
Na szczęście część wywaru została unieszkodliwiona przez hermetyczne zamknięcie w słoiku (coś w rodzaju pasteryzacji: gorącą potrawę wlewa się do wyparzonego słoika i jeśli słoik chwyci, to można długo przechowywać).

Została jeszcze noga.... Miało wyjść z tego coś w rodzaju pieczeni. Ale w trakcie parzenia okazało się, że mięso bardzo się skurczyło, a my nie jesteśmy w stanie tolerować martwych owiec. Po szybkiej zmianie planów, zrobiliśmy wywar, który wylądował w słoikach.

Upiekliśmy sobie wtedy najcudowniejszą w życiu pizzę.

Po opadnięciu negatywnych emocji, robiłam jeszcze krupnik. Okazało się, że krupnik na wywarze z owcy jest bardzo smaczny.

Tydzień z baraniną dał mi garść doświadczeń kulinarnych i smakowych. Podobno mięso owcy jest dosyć trudne w przyrządzaniu, więc bardzo mnie cieszy, że udało się nam tak smacznie (pomijając znudzenie).

wtorek, 23 lutego 2010

Ciastkeczka om nom nom

Ostatnio nauczyłam się piec kruche ciasteczka. Wiem, wiem, to dosyć prosta rzecz... Świadczy o tym choćby fakt, że mi wyszły za pierwszym razem. W końcu miałam dobry przepis, bo od mamy (pozdrawiam :D).

Moje pierwsze kruche ciasteczka - cudem uratowane specjalnie do zdjęcia:


Tydzień temu zrobiłam ciastka ponownie i smakowały mi jeszcze lepiej. Mam teraz sposób na poobiednie zachcianki.

Ciasteczka "om nom nom" przed atakiem sezamkowego potwora:

Ciasto z daktylami

A oto moje ciasto z daktylami wykonane z zastosowaniem technologii spieków ceramicznych. Fachowcem w tym zakresie jest Sew i to on nauczył mnie piec ciasto. Nie nauczył mnie jeszcze jak efektywnie łączyć mąkę z resztą, dlatego wczoraj musiał mi pomóc w końcowym etapie ujednorodniania masy :)

wtorek, 9 lutego 2010

Naprawiony gulasz

Jak już pisałam, na systematyczność wrzucania postów nie ma co liczyć. Dzisiaj zaległy opis dobrego gulaszu, który pełnił rolę niejako zacierania śladów po nieudanym.
Klasyczny gulasz w sosie własnym, podany z pęcokiem. Szczerze zaskoczyły mnie smakiem warzywa, podsmażane w wysokiej temperaturze. Na patelni lądowały kolejno: cebula, czosnek, półżywy rozmaryn, marchew, papryka, pomidor... i magiczna przyprawa w kostce - bulion z oliwą i ziołami.
Nie jestem pewna, czy umiem robić zdjęcia żywności... powinno wzbudzić głód u oglądającego. U mnie budzi, ale na pewno ze względu na wspomnienie smaku poniższego obiektu :)

czwartek, 21 stycznia 2010

Przyjaciele do zjedzenia

Od jakiegoś czasu uczę się uprawiać rośliny w domu. Powoli zaczynają nawet rosnąć :) Lubię z nimi rozmawiać i udaje mi się nawiązać rodzaj dialogu. Kto miał kiedyś kwiatki, ten wcale się nie zaśmieje, bo pewnie rozumie. W trudnych chwilach rośliny pomagają. W czasie pisania pracy dodawały mi otuchy, szczególnie Zroślicha. To taki specjalny typ przyjaciół...

Teraz mam w domu nowe roślinki.

Rzodkiewki:

Pszenice:


Część z nich już dzisiaj zjedliśmy na śniadanie.
Rosną tak szybko, że będzie trzeba poprosić Zuzię o pomoc w jedzeniu, albo przesadzić do doniczki. To też są przyjaciele, ale nie ze względów estetyczno-towarzyskich, tylko odżywczych :)

Aha, o traumatycznym gulaszu z buraczkami nie będę jednak pisać, bo wolę o nim zapomnieć.

sobota, 16 stycznia 2010

Bezrobotna absolwentka

12 stycznia odebrałam dyplom. Uczucie szczęścia z powodu skończenia studiów jest niezastąpione i cudowne. Wracałam z uczelni z plecakiem pełnym oryginałów, odpisów i suplementów oraz mąki po 54 gr za kg... Wtem zadzwonił telefon przerywając lekturę audiobooka. Okazało się, że dopadła mnie oferta pracy. A mówią, że po studiach trudno o pracę. Po namyśle odmówiłam i następnego dnia poszłam do GUPa. To chyba lenistwo? I tam. Po ciężkim dniu w urzędzie (chociaż cięższy był powrót zatłoczonym tramwajem), po powrocie do domu padłam na barłóg z westchnieniem "o jaka ja jestem bezrobotna." ;)

Jak mi przejdzie lenistwo, to napiszę co ostatnio ugotowałam. Czyli jak zrobić gulasz, żeby smakował wstrętnie... i jak spaprać buraczki (mimo, że na surowo były "om nom nom")

środa, 6 stycznia 2010

Do czego to doszło!

Nigdy nie przypuszczałam, że zdecyduję się na założenie bloga... a jednak. Trochę mi się nie chce klepać html'a w mojej stronie, którą dzisiaj aktualizuję. No i z lenistwa pomysł, by wrzucać moje różne dzieła do bloga, który zapewne zrobi się niemal sam. No przynajmniej liczę na to, że nie będę musiała wysilać oczu i umysłu w editpadzie :)
Ciekawe tylko na ile starczy mi entuzjazmu, by go ciągnąć. Na systematyczność nie ma co liczyć. Ale może moje prace i pisanie bloga wpłyną na siebie na wzajem motywująco.
Mam już trochę tzw. osiągnięć, które gdzieś tutaj może uda mi się retrospektywnie włączyć...
Zresztą na razie bardziej jestem ciekawa jak to technicznie działa... więc kończę.