Strony

wtorek, 23 marca 2010

Krajka - eksperyment

Roboczo nadałam nazwę eksperymentu archeologicznego. Jednak uczciwie przyznaję, że archeologiem nie jestem. Staram się rzetelnie odtwarzać tkactwo, poszerzać wiedzę, a przede wszystkim rozwijać umiejętności i zręczność.

Kilka razy znalazłam informacje, że krajki były tkane na czymś takim (niestety nie mam lepszego zdjęcia):


Z lewej jest przedstawione bardko ludowe. Podobno w miejscu, gdzie znaleziono krajki w większych ilościach, nie zachowały się bardka. Po odseparowaniu importów, pozostało sporo produktów miejscowych, które na czymś przecież musiały powstać. Wywnioskowano więc, że pasy tkano przy pomocy półnicielnicy i ciężarka, które narysowane są po prawej.

Już od dawna planowałam wypróbowanie w praktyce tego sposobu. Wydaje się być bardzo łatwy, a na pewno nie potrzeba umiejętności stolarskich do wytworzenia narzędzia.

Nici wełniane jak zwykle nawinęłam wykorzystując domowe klamki (pętle od okna do drzwi). Potem zrobiłam półnicielnicę, przywiązując połowę nici do patyczka za pomocą małych pętelek. Te same nici obciążyłam kawałkiem grubego patyka. Pomiędzy nimi umieściłam nici nie przywiązane i nie obciążone.

I tutaj zauważyłam wyższość techniki nad bardkiem: nie trzeba przecinać końcówek nici, żeby nawlec na warsztat. Pętle zostały więc w całości, a na dodatek nie robiłam węzłów na końcach, więc jest też oszczędność włóczki i nici nie zmieniają długości.

Na tym skończyły się plusy tej techniki. Ponieważ krajka jest wąską formą, drewniany obciążnik nie utrzymuje równowagi. Podczas tkania można go jakoś opanować poprzez podtrzymywanie jego końców na kolanach. Brakuje jednak kończyn podczas przekładania wątku, gdy patyczek półnicielnicy spada ciągnąc za sobą nici.

Jest wyraźne przekłamanie na rysunkach metody z półnicielnicą i obciążnikiem. Na wszystkich, które widziałam między nićmi osnowy są spore odległości. W praktyce nie da się ich utrzymać - przy naciągnięciu osnowy, nici przybliżają się do siebie. Stąd właśnie wynikają problemy z równowagą. Zapewne po pewnym czasie tkania, stykające się nici zaczęłyby zahaczać się o siebie i mechacić (zwłaszcza takie przędzone na wrzecionie). Możliwe, że dałoby się w ten sposób tkać szerszą tkaninę, ale wyobrażam to sobie tylko z jakimś grzebieniem.

Eksperyment uznałam za wykonany, udany, ale z wynikiem negatywnym. Za sukces uznaję samo jego wykonanie zgodne z rysunkiem. Możliwe, że autor używał wyobraźni, ale nie próbował tkać w ten sposób.
Żałuję tylko, że nie zrobiłam zdjęć. Ale w sumie nie byłoby co oglądać...

Siedziałam zrezygnowana i wpatrywałam się w utkany kawałek krajki oraz kilkumetrową perspektywę osnowy. Nie widziałam sensu dalszego męczenia się jak przez ostatnie 10 cm, ani też rozplątywania, cofania się i nawlekania na bardko. Wciąż był jakiś niedosyt eksperymentu i pojawił się pomysł zrobienia normalnej nicielnicy. Sew pomógł mi zrobić ramkę (na moje życzenie trochę toporną), usunęłam z robótki niewygodne paści i bez konieczności jakiegokolwiek rozpruwania krajki zamontowałam taką nicielnicę:


W połowie wysokości znajdują się supełki tworzące mały otworek na nitkę osnowy. U góry i na dole nici przytwierdzone są do ramki tak, żeby się nie przesuwały i utrzymywały w miarę równe odległości. Na zdjęciu widać, że nici mają tendencję do przybliżania się do siebie. Na środku osnowa jest bardziej gęsta, ale to też dobrze, bo przy przetykaniu i zaciąganiu wątku brzegi się bardziej ściska - po "zsumowaniu" utkana krajka ma jednorodny splot na całej szerokości.

W bardku jest ograniczona liczba szczebelków, a na nicielnicy można umieścić dowolną liczbę nici osnowy przy małej szerokości - na pewno będzie to korzystne, gdy zechcę zrobić szeroką krajkę.
Tka się na tym bardzo wygodnie i chyba szybciej. Szkoda tylko, że wiązanie nitek na nicielnicy trzeba robić nowe dla każdej krajki i zajmuje to dużo czasu. Ale może to też udoskonalę.
Jeszcze tylko sprawdzę, czy taka nicielnica to wynalazek ściśle związany z późniejszymi krosnami poziomymi. Bo użycie nicielnicy we wczesnym średniowieczu to na razie moja czysto technologiczna zgadywanka.

Tydzień z baraniną

Po pierwsze, pusta lodówka jest smutna.
Po drugie, nadmiar jedzenia w lodówce oznacza, że ktoś właśnie wrócił z domu rodzinnego.
Po trzecie, nie próbować zjadać nadmiaru jedzenia, bo się nudzi. Należy je szybko przetworzyć do lepszego przechowywania (np. pasteryzacja).

Dostaliśmy swego czasu sporo swojskiej baraniny (bardziej jagnięciny). Było tam trochę czegoś podobnego do szynki, kawałek z okolicy grzbietu i jakaś noga :). Początkowo byliśmy pełni entuzjazmu i zjedliśmy sobie szaszłyki:


Druty do robótek nadają się na szpikulce :) W pierwszym dniu mięso nie było marynowane, ale i bez tego było cudowne.

Po objedzie zajęliśmy się dzieleniem mięsa. Część wylądowała w marynacie. Zwykle marynuję mięso tym, co mi wyobraźnia podpowie. Tym razem zaparzyłam zioła (cząber, rozmaryn, majeranek i nie pamiętam co jeszcze), bo podobno tak lepiej wyciąga się z nich aromaty. Do ostygniętego naparu dorzuciłam czosnek (martwe owieczki lubią duużo czosnku), sól i dodałam sporo soku z cytryny.
Pozostałe kawałki zapakowane i odpowiednio zabezpieczone wylądowały za oknem w celu zamrożenia (lodówka w zimie sobie odpoczywa). Pech był taki, że akurat w tym czasie zima postanowiła odpuścić i nie działało zamrażanie parapetowe.

Oczywiście nie wytrzymaliśmy i drugiego dnia zajadaliśmy się znowu szaszłykami.

Potem byliśmy przewidujący i zrobiliśmy dzień przerwy od baranka.

Następnego dnia zrobiliśmy gulasz z curry wg przepisu Maćka Kuronia. Tutaj jest przepis.


Bardzo łatwo i przyjemnie się to przyrządza. Gulasz zjedliśmy z ciemnym ryżem i smakowało nam cudownie.

Potem przyszła kolej na pozostałe mięso.

Na grzbiecie ugotowałam wywar, by zrobić kapuśniak. A właściwie krupniko-kapuśniak. Zapewne zupa się udała, ale nam nie smakowała, a na zapach przygotowywanej potrawy reagowaliśmy alergicznie. Pojawiły się nawet desperackie myśli, by przejść na wegetarianizm, albo zacząć odżywiać się światłem.
Na szczęście część wywaru została unieszkodliwiona przez hermetyczne zamknięcie w słoiku (coś w rodzaju pasteryzacji: gorącą potrawę wlewa się do wyparzonego słoika i jeśli słoik chwyci, to można długo przechowywać).

Została jeszcze noga.... Miało wyjść z tego coś w rodzaju pieczeni. Ale w trakcie parzenia okazało się, że mięso bardzo się skurczyło, a my nie jesteśmy w stanie tolerować martwych owiec. Po szybkiej zmianie planów, zrobiliśmy wywar, który wylądował w słoikach.

Upiekliśmy sobie wtedy najcudowniejszą w życiu pizzę.

Po opadnięciu negatywnych emocji, robiłam jeszcze krupnik. Okazało się, że krupnik na wywarze z owcy jest bardzo smaczny.

Tydzień z baraniną dał mi garść doświadczeń kulinarnych i smakowych. Podobno mięso owcy jest dosyć trudne w przyrządzaniu, więc bardzo mnie cieszy, że udało się nam tak smacznie (pomijając znudzenie).