Strony

czwartek, 30 grudnia 2010

Brązowa seria


Kryzys materiałowy minął wraz z nadejściem paczki pełnej włoczki. Kolory będą teraz dość naturalne, a krajki trudne, bo wełna jest twarda i szorstka. Skoro tak, to utrudnię sobie bardziej i porobię krajki bardzo wzorzyste. Ciekawe tylko jak będą wyglądać moje dłonie po przerobieniu całego tobołu - możliwe, że znajdę sposób na najefektywniejszy peeling świata.


Każda z krajek ma ok. 4,5 cm szerokości.
Pierwsza ma 1,8 m długości i ma wzorek mojego pomysłu.
Druga ma 1,9 m długości a wzór jak najbardziej historyczny - ale niestety nie podam źródła, bo postawiłam niedawno system i nie wiem, z którego kodeksu odgapiłam...
Ostatnia krajka jest krótsza, bo ma tylko 1,1 m i występuje na niej motyw starszy chyba niż nasza cywilizacja :)

A tutaj widok lewej strony:

niedziela, 26 grudnia 2010

Drożdżowe z kombiwaru


Powoli przełamuję moje anty-umiejętności pieczenia ciast. Do drożdżowego zabrałam się metodycznie. Zaczęłam od zebrania informacji. Okazuje się, że sposobów pieczenia ciasta drożdżowego jest bardzo wiele. Wywnioskowałam, że mogę sobie pozwolić na nonszalancję. Wyciągnęłam więc te rady, których nie znałam, uśredniłam proporcje składników i skalibrowałam ilości, żeby mi się placek do kombiwara zmieścił.

Pół szklanki mleka podgrzałam i dodałam ok. 40 g drożdży oraz trochę glukozy.
Ćwiartkę masła rozpuściłam, dodałam pół szklanki cukru i łyżeczkę cukru waniliowego. Po ostygnięciu dodałam żółtko i ucierałam. Po chwili dodałam całe jajko i ucierałam jeszcze trochę. Wlałam zaczyn i szczyptę soli. Zabuzowało. Dodałam ok. 3 szklanki mąki i wyrobiłam ręką. Trochę to dużo mąki, ale bez niej ciasto było zbyt luźne. Wyrabiałam prawie godzinę, ale święte słowa znajomej, która powiedziała, że każde ciasto prędzej czy później zacznie odchodzić od ręki, dodały mi otuchy.
Odstawiłam ciasto do wyrośnięcia i poszłam sobie gotować obiad.
Po obiedzie (czyli długo) przeformowałam ciasto i stwierdziłam, ze jest go i tak za dużo. Z 1/3 zrobiłam prowizoryczne rogaliki i wrzuciłam je jako kamikaze na pierwszą turę pieczenia. Z okrzykiem "tora tora tora" eksplodowały dżemem z wiśni i powidłami z aronii. Popękały i miały kolor głębokozłoty, ale wyszły dobrze.

Z reszty ciasta uformowałam placek i posmarowałam białkiem.
Zrobiłam kruszonkę "na oko", czyli za dużo, więc wyszła mi cudowna słodka skorupa.

Drożdżowe piekłam 20 minut w kombiwarze na górnym ruszcie, z wodą w misie, w temperaturze 225°C. Ale to za dużo, więc po kilku minutach zmiejszyłam temperaturę do 200°C, a pod koniec do 175°C. Możliwe, że najlepiej byłoby piec w 200°C.

środa, 22 grudnia 2010

Kolor morski... znaczy się łososiowy

Jak się ma do dyspozycji resztki materiałów, to się tworzy takie "cuda":


Krajka jest zrobiona z bawełnianego kordonka. Ma 3 cm szerokości i 2,3 m długości. Z obu stron zakończyłam ją frędzlami. Jest przyjemna w dotyku i dosyć sztywna. Śmiało ujmę to tak: jest efekciarska ;)

środa, 15 grudnia 2010

Krosna pionowe ciężarkowe

Planowałam zamieścić kilka zdjęć moich krosien dla zilustrowania historii ich powstania, ale wujek google robi takie cuda z wyszukiwaniem, że wolałam nie dawać mu dodatkowych powodów do mieszania i przeinaczania. Osoby szukające informacji o krosnach i tkactwie mogłyby się przerazić...
Opowiem tylko, że początkowo krosna składały się kilku z legarów, które były obiektem drwin pewnego Lorda Sanepida ;) Zanim założyłam osnowę, konstrukcja stojąca w pokoju rozbawiła też dwójkę znajomych o błądzących skojarzeniach i absurdalnym poczuciu humoru. Ponieważ nie miałam glinianych ciężarków, do naprężenia osnowy użyłam stada kilkucalowych gwoździ, paru co większych śrub i podobnego złomu. Wtedy musiałam bronić krosien przed majsterkowiczami...

Na szczęście cała ewolucja odbyła się w domowym zaciszu - publiczna premiera krosien nastąpiła dopiero, gdy stały się względnie "historyczne".

Rys. 1. Krosna ciężarkowe wg rekonstrukcji Hoffmanna - Festiwal w Wolinie, 2010.

(Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.wikingowie.ether.pl)

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Wciąż się uczę

Właśnie sobie skaczę od filmu do filmu na youtube i znajduję masę ciekawych rzeczy. Jakaś fenomenalnie sprytna babeczka pokazuje zasady tkania na krośnie poziomym. Że też nie wpadłam na te oczywiste rozwiązania. Jej metoda zakładania półnicielnicy jest dużo prostsza niż ta, którą widziałam w książce prof. Turnau.



Poziomy warsztat tkacki to dla mnie odległe marzenie, ale krosno poziome chyba mi się tutaj zmieści i łatwo je wykonać - w końcu jeden z pierwszych wynalazków włókienniczych :D
Tylko jak ja teraz upoluję patyki? ;P

Chciałam jeszcze dodać zdjęcie dla zilustrowania mojego nowiutkiego szaleństwa, ale jest ich w Internecie zbyt wiele. Warto wpisać sobie w wyszukiwarkę obrazów "backstrap loom". A po wpisaniu "inkle loom" też można znaleźć wiele inspirujących obrazów :)

środa, 1 grudnia 2010

Seria krajek w barwach narodowych

Wśród kończących się zapasów włóczki miałam 2 motki czystej grubej wełny. Pięknie wygląda czerwień z bielą. Tylko mi trochę przykro, że skojarzenie z flagą narodową przychodzi niektórym jakby z jednoczesnym obrzydzeniem lub rodzajem wstydu. U mnie obrzydzenie się pojawi, jeśli ktoś skojarzy moje krajki z popkulturowym przerośniętym krasnalem, który lata nam przed oczami już od początku listopada.... ;)


Seria powstała z jednej osnowy. Utkałam trzy pasy różnej długości - każdy ma inny wzór, ale szerokość jest jednakowa ok. 2,8 cm.
Pierwszy pas od lewej jest najkrótszy - ma 70 cm. Zakończony jest frędzlami. Możliwe, że przyda się kiedyś do przepasania jakiegoś rekonstruującego malucha :)
Środkowa krajka z symetrycznym, klasycznym wzorem rombów ma 1,8 m długości. Oczywiście w długość nie wliczam frędzli - wtedy wyszłoby prawie 2,3 m.
Ostatnia krajka z prawej strony jest najdłuższa z serii - ma 2,1 m. Na końcówkach zostawiłam luźne nici wełniane, które wyglądają efektownie.

Uwaga, na tym zdjęciu krajki ułożone są w innej kolejności. Wrzucam, żeby pokazać fragment zakończenia :)