Strony

czwartek, 24 marca 2011

Świat G. Orwella?

Po zmianie systemu wynagrodzenia.

Pracownicy: Nie podoba nam się, że mamy teraz niższe wypłaty.
Prezes: Przecież nowy system zakładał wyższe wynagrodzenie.
Pracownicy: Niestety na nasze rachunki wpłynęły mniejsze kwoty.
Prezes: Według moich obliczeń płace są teraz większe. Jeśli wychodzi wam mniej, to znaczy, że popełniliście błąd. Liczcie dotąd, aż wyjdą wam większe wypłaty.

środa, 23 marca 2011

Znowu brązowa seria

To już druga seria pasów w brązowej kolorystyce. Liczba nici i ułożenie są takie same jak poprzednio. Wzory inne, bo staram się nigdy nie powtarzać. Szkoda czasu, a tyle jest pomysłów.

Tkanie ze zgrzebnej włóczki jest pracochłonne i takie trochę odpychające. Efekt jest dość ciekawy, więc tylko dlatego nie wrzuciłam wełny do najdalszego kąta, żeby sobie dogniła do lepszych czasów.

W trakcie tkania jakoś tak dziwnie zaczęłam kichać. Gdy rozejrzałam się, zobaczyłam wokół pełno drobnych skrawków nici i pyłu, które wyleciały mi z robótki. Pylica - choroba zawodowa tkaczek?


Pierwszy pas ma wzór inspirowany znaleziskiem wrocławskim. Inspirowany, bo oryginał miał jeszcze jedno załamanie gałązki. Mnie wyszła taka trochę jodełka. No i w sumie technika ciut inna, bo tamci ludzie zrobili wzór wątkiem, a u mnie wylazł z osnowy. Reszta pasów ma wzory, które wyskoczyły z mojej głowy. Trzecia jest magiczna ;P bo wyjątkowo ma takie same obydwie strony (zwykle wychodzi netatywowo).

A właśnie, to pierwsze krajki robione przy pomocy backstrapu. Ale wygoda :)

niedziela, 6 marca 2011

Niedzielny obiad

Ależ my teraz jesteśmy trendi ;) Normalnie światowi ludzie i nie byle kto... :P

Eh, żeby nie było zbyt nudno od tych moich krajek, wrzucam posta na inny temat. Dzisiejszy niedzielny obiad wyglądał tak:


Specjalnie pokazuję to ukośne zdjęcie, żeby nie było widać jak krzywo nam wyszło ;) Ale to nasze pierwsze sushi... oj będziemy jeszcze robić w przyszłości nie raz. Jeszcze kilka zdjęć umieszczam na mojej picasie.

Mam kilka refleksji na temat takiego jedzenia.

Po pierwsze przekonałam się, że to nie tylko jedzenie - to cała ceremonia przygotowania i spożywania, która dzieje się trochę jakby samoistnie. Nigdy nie fascynowała mnie kultura japońska i nie zamierzam się do niej wpychać. Ale... doświadczenie z sushi samo z siebie wciska się w świadomość w miły sposób.

To nie jest takie zwykłe zapełnienie żołądka. Aczkolwiek sycące, mimo że zjedliśmy mało. Takie najedzenie się na kilka godzin bez uczucia zbytniego obciążenia.

Nie lubię ryżu, octu i sosu sojowego. Ale jak się okazuje połączenie nielubianych produktów może się zamienić w miłe wrażenie dla podniebienia.

I ciągle mam w głowie skojarzenie z pierogami... gdyby tak pałeczki? ;)