Strony

wtorek, 25 marca 2014

Ekspresowe tkanie

Trafiłam kiedyś na taki oto ciekawy filmik - sprytna technika tkania na inkle loom dająca zawrotną prędkość w powstawaniu krajki.



Postanowiłam spróbować na moim warsztacie. Małe bidełko powstało z drewnianej łopatki do naleśników. W wersji ulepszonej rączka jest owinięta rzemieniem, bo krawędzie - choć nie są ostre - wbijały mi się w dłonie. Czółenko początkowo zrobiłam z 2 guzików i kawałka rurki do picia. Druga wersja to 2 drewniane koraliki i patyczek.
Osnowa jest u mnie pochylona - nie pozioma, więc troszkę zmieniłam ułożenie rąk. Lewą rękę z czółenkiem trzymam ponad krajką - obie ręce mam zatem mniej więcej na jednakowym poziomie, co daje większy komfort pracy. Seweryn zrobił mi zdjęcia przy tkaniu.
Krajkę podciągam w górę i przekładam czółenko przez przesmyk z prawej do lewej.
Potem przyciskam krajkę w dół...
...i przekładam czółenko z lewej do prawej.

Początkowe wprawki były powolne - około 0,5 metra na godzinę. Wychodziło mi krzywo, a czółenko wypadało z ręki. Później udało się przyspieszyć i rekord prędkości wynosi około 2,2 m na godzinę. Ostatecznie prędkość tkania jest niższa, bo wolę zaciskać splot bardzo mocno, a nie tylko hm... przyzwoicie.

Technika bardzo mi się przyda do tkania prostych krajek, szczególnie tych z cienkiej przędzy. Krajki wysnuwane pozostaną bez zmian, bo przy wybieraniu nitek lepiej siedzieć symetrycznie i na wprost roboty.

Zauważyłam, że przy takiej pracy bolą trochę ramiona i dłonie. Ale za to kręgosłup jest całkowicie odciążony. I to jest pozytywna zmiana, bo plecy i szyja po pracy lubią boleć kilka dni, a ból rąk znika w ciągu jakiejś godziny.

W poście Ekspresowe krajki opublikowałam zdjęcia efektów stosowania szybkiej techniki.

niedziela, 23 marca 2014

Ekspresowe krajki

W ramach testowania nowej techniki tkania na inkle loom powstało sporo metrów krajek. Technika jest szybka, stąd nazwa posta. Napisałam o niej w poście Ekspresowe tkanie. Wszystkie krajki mają mniej więcej po 2 cm szerokości, a większość około 8 m długości. Wykonane z mieszanki wełny z owiec akrylowych i tradycyjnych.

Tak po prawdzie, to szkoda mi tych drugich, że ich wełna stała się jedynie uszlachetniającą domieszką - równie dobrze może jej nie być... akryl jest badziewny sam w sobie. Higroskopijność ma minimalną, wytrzymałość słabą, a cenę zdzierczą, bo koszt otrzymania jest śmiesznie niski w porównaniu do wełny. O historyczności, chyba nie muszę wspominać. Mam jeszcze trochę motków kupionych w drodze kompromisu, więc zapewne nie wyrzucę, tylko wykorzystam do jakiś mniej rekonstrukcyjnych celów :) Stopniowo zwiększam udział naturalnych włókien w moim tkaniu, bo przędze wełniane pojawiają się na rynku w coraz lepszym wyborze.

Pierwsze 3 krajki mają mój ulubiony wzorek - mało skomplikowany, ale efektowny. No, pomijam błękitną, bo nie lubię i nie rozumiem niebieskiego ;)
Dwie poniższe krajki utrzymane są w tej samej kolorystyce, ale widać jak wzór wpływa na efekt wizualny. Przed tkaniem powstało kilka projektów. Na ekranie komputera najbardziej podobała mi się druga wersja, a Sewerynowi pierwsza. W praktyce widać, kto ma lepsze wyczucie kolorów. Sama sobie z tkaniem nie poradzę i zepsuję najlepsze zestawienia - a kolor nazwany przez producenta "kaktus" jest po prostu świetny i szkoda go.
Ostatnia ma aż 11,5 m i jest zrobiona z myślą o pewnym znajomym, ale jeszcze nie wiem, czy będzie chciał tę krajkę. W razie czego leży i czeka na decyzję :)

wtorek, 11 marca 2014

Owcza krajka

Mam trochę włóczki wełnianej kupionej razem z ogromnymi zapasami czesanki. Przędza jest skręcona pojedynczo, dość luźno. Już z niej tkałam na krosnach pionowych i wiem, że się rwie. Przyszedł czas, żeby ją przetestować w tkaniu krajek.
Pracę zaczęłam od dokręcenia przędzy na kołowrotku. Wrażenie przyjemne - pierwszy raz wyszła mi tak równa włoczka. Nie mam wprawy w przędzeniu, więc to była sama radość.

Przygotowałam osnowę na inkle loom i założyłam nicielnicę. Niestety okazało się, że to nie jest dobry pomysł, bo nici osnowy bardzo się o siebie zaczepiały. Rozprułam napoczętą krajkę, rozcięłam osnowę i przełożyłam na bardko. Dopiero wtedy tkanie stało się bardziej wykonalne, bo nici były oddzielone, inaczej mówiąc osnowa była rozcapierzona ;)

Pojedynczo skręconą przędzę całkiem przyjemnie się tka, bo fajnie wygląda splot - każde "ziarenko" jest gładkie. Jedynie brzegowa nitka ma tendencję do rozkręcania się, ale nie urwała mi się jeszcze nigdy (ani tym razem, ani we wcześniejszych krajkach z pojedynczej przędzy).

Krajka, którą mam przyjemność dziś przedstawić jest bardzo owcza. Materiał jest owczy w składzie i w kolorze. Oryginalnie szara wełna w krajce wygląda na ciemniejszą. No i zapach jest bardzo owczy... :)
Z długością tym razem nie przesadzałam - krajka ma tylko 4,5 m. Szerokość wynosi 2 cm. Wyszła bardzo sztywna - jak parciany pasek.

poniedziałek, 3 marca 2014

Pierwsza tkanina na warsztacie

Moją wymarzoną Glimakrę Standard kupiłam w lipcu od znanego i lubianego pana Antika :) Ciekawym i przydatnym bonusem jest lampa skonstruowana przez poprzedniego właściciela - tylko wtyczkę musiałam sobie wymienić, bo nie pasowała do gniazdka. Na warsztacie była założona osnowa. Z jednej strony dobrze, ale to również pewien kłopot. ("It's a gift... and a curse.") Szerokość osnowy wynosi prawie 80 cm, więc to niezłe wyzwanie na początek. W dodatku nici były przewleczone przez 4 nicielnice - już nie pamiętam w jakim schemacie.
Dreptałam wokół krosien przez pół lata i początek jesieni. Nie wiedziałam jak zacząć, żeby nic nie zepsuć. Ktoś się już narobił przy osnowie, a ja nie lubię niszczyć czyjejś pracy. W końcu podjęłam decyzję, żeby zdjąć 2 nicielnice. Przewlekłam wszystkie nici jeszcze raz przez pozostałe nicielnice i płochę. Oczywiście ze 3 razy pomyliłam się w trakcie - ale zdejmowanie połowy nici w konsekwencji błędów przyjęłam pokornie :)

Przywiązanie końca osnowy i wyrównanie naprężeń przyszło mi łatwo. Może dlatego, że trafiłam na świetny instruktaż w yt. Składa się z trzech części: 1, 2 i 3.

Dobrałam sobie kolorystykę włóczek - miały być stonowane zielenie, takie jak w jednym ze sznurków do wiaty, przełamane gdzieniegdzie jakimś czerwonym i pomarańczowym.
No i zaczęła się polka... 5 cm utkane i prucie, bo za słabo dobijane, 10 cm utkane i prucie, bo źle wątek naprężałam i brzegi się siepiały, 15 cm utkane i prucie, bo rozpinacz źle zamontowałam, więc wychodziło krzywo na brzegach - takie fale Dunaju w miejscu gdzie nici osnowy były zbyt blisko siebie. Po 20 cm kolejnej próby miałam opanowane mniej więcej zaciąganie wątku, ustawienie rozpinacza i dobijanie. Niestety, albo może na szczęście, przy 20 cm zorientowałam się, że kolory nie pasują. 2 jaśniejsze są fajne, ale wszystkie razem na tkaninie już nie. Gdybym miała jakieś rzetelne ilości tych motków, to pewnie coś by wyszło. Niestety z 300 gramów wełny wyjdzie niewiele. Ale przynajmniej już wiem ile materiału się zużywa.

Z nową wiedzą i entuzjazmem przystąpiłam do ponownego prucia, a następnie zestawiania kolorów. I już nie będę dłużej się rozpisywać, bo kolejna próba wyszła pomyślnie i w miarę prosto.

Tutaj jeszcze na krosnach, tuż po utkaniu:
Wzorek jest taki krajkowy... zapewne z przyzwyczajenia.
Na koniec jedno z wielu zdjęć kota zadowolonego z faktu, że raczyłam wreszcie zrobić sobie przerwę:
Szczerze mówiąc nie lubię turkusów i innych morskich wynalazków. Chciałam się trochę pozbyć takiej wełny. Zaskoczyło mnie niezmiernie pozytywnie, że tkanina wyszła świeżo intensywnie zielona. Zapewne przez dodatek żółtego... Ale żeby aż tak?

Powstały bieżnik ma 80 cm szerokości i 60 cm długości. Frędzle zawiązałam na supełki. Moja pierwsza tkanina na warsztacie została przeznaczona na prezent dla Babci Seweryna z okazji jej 80-tych urodzin.

PS. Tkanina powstała jeszcze w listopadzie 2013 r.